poniedziałek, 10 lipca 2017

Będę przyszłą panną młodą! Historia bez happy endu.



I chciałabym napisać coś pozytywnego, bo przecież te pozytywne rzeczy są cały czas.. Np. ostatnio byliśmy na weselu i ja złapałam bukiet, a on muchę i było super.
 Ale przychodzę kolejny raz, kiedy jest mi źle...

Pojechałam do niego już w czwartek. Zabrałam z sobą pożyczoną planszówkę, bo przecież to uwielbiamy. W piątek przyszła jego rodzina i graliśmy, pijąc przy tym drinki. Chyba nie muszę mówić, kto pierwszy odpadł, a właściwie to tylko jedna osoba odpadła. W sobotę mieliśmy jechać do mojej rodziny na wieś. Wstaliśmy rano, a on przytulony jeszcze w łóżku zapytał czy nie moglibyśmy przełożyć tego wyjazdu na wieś, a dziś spotkać się z jego przyjacielem, którego de facto ostatnio widział rok temu jak byliśmy razem w Krakowie. Znajomy ten chciał nas zaprosić na swoje wesele.
Uparłam się i powiedziałam, że nie bo w planach mieliśmy coś innego. Wyszedł zobaczyć się z nim rano i po powrocie, dalej próbował negocjować, żebyśmy zostali. Był już po piwie, więc powiedziałam, że ma mi zejść z drogi i ja wracam do domu. Szedł za mną i prosił, żebym została do samego końca, ale byłam w takich nerwach, że pojechałam do domu. Taka gówniarska scena.
Dojechałam do domu po 2h uspokoiłam się i miałam wyrzuty sumienia, że jestem taką egoistką. Że rzeczywiście możemy ten wyjazd przełożyć i skoro tak bardzo mu zależało i tak bardzo prosił, to mogłam ustąpić. Zadzwoniłam, ale nie odebrał bo spał. Więc stwierdziłam, że się wrócę i zrobię mu niespodziankę. Przyjadę, położę się obok, przeproszę za swoje zachowanie, pogodzimy się i pójdziemy zobaczyć się z tym znajomym. W drodze, zadzwoniła jego mama, że on wyszedł.
Więc dzwonię raz, drugi, trzeci... odrzuca połączenia. Napisałam, że jestem i o swoich zamiarach i dostałam tylko odpowiedź, że jego już nie ma. Więc kolejny raz wracałam do domu te 70km, a właściwie to zrobiłam kolejne 60km dalej i pojechałam do swojej rodziny na tą wieś jak miałam w planach.

Weekend był super, atmosfera mega rodzinna, ani przez moment nie przejmowałam się co się z nim dzieje. Do momentu, gdy w niedzielę wieczorem zadzwonił jego kumpel i spytał czy wiem gdzie jest, bo jak się okazało pojechał z nimi na działkę, a właściwie to dojechał do nich już napruty, a następnego dnia stracił się już nawalony. Wrócił jakoś do domu.
Dziś zadzwonił. Zapytałam tylko czy ma zamiar zrobić coś z swoim uzależnieniem i usłyszałam śmiech w słuchawce. Powiedziałam, że jeśli ma zamiar coś z tym zrobić, to daję mu na to 2 tygodnie, jeśli nie, to żeby był taki uprzejmy i zabrał swoje rzeczy. Ale chyba dalej był pijany.

I nie łudzę się, że coś się zmieni, a nawet jeśli będzie chciał iść się leczyć, to niesmak pozostanie. Prędzej czy później i tak sięgnie po alkohol. A mnie na samą myśl, że miałabym się w piątek wieczorem z swoim facetem nie móc napić wina, napawa pesymizmem. Alkoholik nie może pić wcale, nie może się nawalić ze szczęścia, że urodzi mu się syn, nie napije się na swoim kawalerskim, ani na imieninach cioci. A ja tego nie widzę. Mam świadomość, że to nierealne.

I skłamałabym gdybym powiedziała, że nie jest mi przykro. Jest. Z każdą godziną coraz bardziej, bo w mojej głowie ten związek już się zakończył. Bez happy endu.


2 komentarze:

  1. Przykra i smutna historia. Mam nadzieję, że mimo wszystko będzie happy end.

    OdpowiedzUsuń
  2. Jeśli on nie zrozumie że jest uzależniony, nic nie pomoże.

    OdpowiedzUsuń